The nature of modern life is obsession.
- Gaius Baltar
Dziś, Moi Drodzy, będzie o najlepszym serialu telewizyjnym, jaki macie szanse zobaczyć, jeśli tylko uznacie jego bezsprzeczną wyższość nad jakimś szeregowym badziewem.
Battlestar Galactica. Period.
Przedstawiam tekst będący recenzją, reklamą, oceną, promocją i wyznaniem oddanego fana.
BSG jest specyficzny. Osobiście jestem zdania, iż do powstania filmu/serialu mogącego być uznanym za “dobry” potrzeba trzech rzeczy – scenariusza, dialogów i bohaterów. Żeby był “niezły” należy dorzucić garść oryginalności. I już wtedy taki twór można z przyjemnością oglądać i jeżeli tylko nie jest w wymowie jakoś niesamowicie daleki od osobistych przekonań, czy preferencji, da się powiedzieć, iż spędzony przy nim czas nie został zmarnowany. Niemniej jednak, aby powstał show, o którym mówi się “fucking awesome” koniecznym staje się coś, co nadaje całej zabawie jakieś głębi. By taki serial (odnosi się to nie tylko do filmów, lecz także do literatury) stał na poziomie najwyższym, musi, moim zdaniem, stawiać pytania. Musi zmuszać do myślenia. Lubię, gdy fabuła wali mnie obuchem przez łeb nie dlatego, że nie wiem, o co w niej chodzi, lecz dlatego, że coś takiego faktycznie miało by szansę się zdarzyć. Chcę, by relacje interpersonalne, sytuacje moralne, w których stawiani są bohaterowie były realistyczne i żeby to się czuło. Wymagam, aby postacie były dynamiczne, ludzkie, wykreowane z kompleksowym charakterem i przeszłością, która faktycznie ma wpływ na to, co możemy obserwować na ekranie i to się czuje. Życzę sobie bohaterów z głębią, których psyche nie jest oparta na papierowych stereotypach obudowanych nielicznymi cechami charakterystycznymi. Uwielbiam sytuacje moralnie sprzeczne, w których serial wymaga ode mnie postawienia się w sytuacji danej postaci i zastanowienia się nad tym, co bym uczynił, jak bym się zachował.
Jak to się, Najdrożsi, ma do Battlestara? Ano idealnie. ;]
Tak, jest to cholerne science-fiction. Niestety, dla ludzi, którym termin tenże kojarzy się jedynie ze Star Trekiem, przeszkoda taka może być nie do pokonania. W takim bądź razie stawiam pytanie – czym są tak kochane przez wszystkich LOSTy, jeśli nie niskich lotów fantastyką? Czym są Herołsi? A PB – czy nie jest to fantastyka pod przykrywką filmu sensacyjnego? Czy to w literaturze (dobrej), czy też w kinie (takoż), sceneria jest jedynie pretekstem, tłem, rzeczą nieporównywalnie mniej istotną od tego, co twórcy chcą przekazać. Przykłady? Władca Pierścieni, Harry Potter, Ojciec Chrzestny, Moskwa nie wierzy łzom, Jądro Ciemności, Opowieści z Narni, Dersu Uzała, Wiedźmin. Szeroka gama, nie sądzicie? A mnożyć można naprawdę w nieskończoność. Takiegom zdania i każdy przykład spośród powyższych jestem w stanie udowodnić, jeśli tylko ktoś ma potrzebę. Odrzucania czegokolwiek ze względu na szeroko pojętą konwencję nie jestem więc w stanie pojąć. Wracając jednak do jakiegoś sedna – mimo bycia sci-fi, BSG oferuje większy i bardziej kompleksowy realizm, niż większość topowych seriali zagranicznych (tu dygresja – bagna pokroju Klanu, czy też Plebanii NIE nazywamy serialami, a telenowelami). Jak to się dzieje? Mówi o człowieku, porusza sporo problematycznych kwestii zarówno jednostkowych, jak i (o właśnie!) społecznych. W Battlestarze mamy bowiem takie mini społeczeństwo – 50000 kosmicznych uciekinierów, niedobitków ludzkości pozostałych po nuklearnym holocauście. Oferuje to twórcom możliwość prezentacji konfliktów społeczno-politycznych i społeczno-militarnych i płynących z nich konsekwencji na naprawdę szeroką skalę. Mamy funkcję prezydenta, tym istotniejszą, im bliżej do zakończenia serialu, mamy utrzymywaną z trudem i na przekór wielu demokrację, mamy terrorystów, mamy rewolucje, mamy kontrowersyjnych polityków idealistów i katastorfalne efekty ich decyzji, mamy stany wojenne, mamy nielegalne przejęcia władzy. Nie wiem, jak Was, Kochani, ale mnie taka kompleksowość świata przedstawionego kręci. Szczególnie, że wszystko ma sens, ma przyczny i ma skutki, co w nowoczesnym kinie wcale tak popularne nie jest.
Różnicę między serialami pokroju LOSTów i PB (te wymieniam najczęściej, bo z nimi miałem okazję bliżej się zapoznać), a BSG można plastycznie przedstawić, jak różnicę między Salvatorem, a Lemem, między Bondem, a filmami jeśli nie Kurosawy (co byłoby nadużyciem), to Woody’ego Allena. Battlestar nie stawia na czystą rozrywkę, zmusza widza do myślenia. Co w połączeniu z wysokim realizmem z psychologicznego punktu widzenia daje nam serial mroczny (chyba najmroczniejszy z popularnych), ale zarazem piekielnie (piekielnie!) intensywny i zapierający dech w piersiach. Nie tylko scenami akcji (bo takie, spieszę z wyjaśnieniem, też się tam znajdują i to w dosyć wysokim natężeniu), ale przede wszystkim scenami dialogów i umiejętnością sugestywnego przedstawienia napięcia między bohaterami. Mroczna i raczej pesymistyczna (ale bez przesady, oglądanie nie jest masochizmem) wymowa bierze się zaś z tego, że większość dzieł mówiących o ludzkiej psychice w sposób poważny taka właśnie jest.
Prócz powyższego (czyli – podsumowując – genialnego scenariusza, dialogów i ambicji twórców do wykreowania czegoś głębszego, niż Mission Impossible) są jeszcze dwie rzeczy, które czynią show wybitnym. Po pierwsze aktorzy. Na miłość bogów! Mary McDonnell (Laura Roslin), James Callis (Gaius Baltar), Mark Sheppard (Romo Lampkin), a po tym, co pokazał w ostatnich odcinkach także Alessandro Juliani (Felix Gaeta) są – mówię to w pełni świadomie – godni Oskara. Oskara. To jest cholerne arcydzieło aktorstwa w najbardziej kompleksowym i pełnym wydaniu. To jest – moim zdaniem – klasa Roberta DeNiro, Robina Williamsa, czy Toma Hanksa. Poza tym, naprawdę niezły styl prezentują też Katee Sackhoff (Kara Thrace), Edward James Olmos (William Adama), czy Michael Hogan (Saul Tigh). Pozostali aktorzy, mimo iż nie są szczególnie wybitni, trzymają (wszyscy! łącznie z epizodycznymi) wysoki poziom, bezsprzecznie wyższy od znanych skądinąd ludzi pokroju chociażby Toma Criusa (którego podziwiam za idealne sztywniactwo).
Drugą cudowną kwestią jest ścieżka dźwiękowa. Bear McCreary jest bogiem budowania napięcia i dramatyzmu oraz wywoływania emocji za pomocą dźwięków. Na ten temat ciężko cokolwiek więcej powiedzieć. Należy posłuchać. Najlepiej oglądając, lecz z braku laku – rzućcie sobie, proszę, uchem.
Ok, BSG ma też wady, przyznaję. Za dużo epizodów “osobnych”, oderwanych od głównego rdzenia fabularnego, szczególnie w drugim i trzecim sezonie. Zdarzające się zbytnie uproszczenia sytuacyjne w scenach akcji – rzadko, bo rzadko, ale da się zauważyć. Incydentalne błędy rzeczowe (czy też, jak to się ładnie po angielsku nazywa, continuity errors). Nie jest idealnie, ale cóż… Po pierwsze jest i tak najlepiej spośród dostępnych opcji, a pod drugie miłość wybacza. ;)
Konludując – polecam. Polecam, for frak’s sake! Obejrzyjcie ten cholerny serial, spróbujcie choć, a istnieje duża szansa, iż (cytując znajomego, który BSG był łaskaw mi zarekomendować) z radością przyznacie, że LOSTy i PB to gówno.
Znów się rozpisałem i znów pewnie zaowocuje to skromnymi dwoma lakonicznymi komentarzami. Kiedyś doprowadzicie mnie do podcięcia żył brakiem jakiejkolwiek reakcji na moje teksty. Pragnę dysputy. Pragnę fanów konkurencyjnych seriali oskarżających mnie o bluźnierstwo i obiecujących ukrzyżowanie. Bring it!