Napisane przez: Glizda | luty 8, 2009

Credo fanatyka

The nature of modern life is obsession.

- Gaius Baltar

Dziś, Moi Drodzy, będzie o najlepszym serialu telewizyjnym, jaki macie szanse zobaczyć, jeśli tylko uznacie jego bezsprzeczną wyższość nad jakimś szeregowym badziewem.

Battlestar Galactica. Period.

Przedstawiam tekst będący recenzją, reklamą, oceną, promocją i wyznaniem oddanego fana.

BSG jest specyficzny. Osobiście jestem zdania, iż do powstania filmu/serialu mogącego być uznanym za “dobry” potrzeba trzech rzeczy – scenariusza, dialogów i bohaterów. Żeby był “niezły” należy dorzucić garść oryginalności. I już wtedy taki twór można z przyjemnością oglądać i jeżeli tylko nie jest w wymowie jakoś niesamowicie daleki od osobistych przekonań, czy preferencji, da się powiedzieć, iż spędzony przy nim czas nie został zmarnowany. Niemniej jednak, aby powstał show, o którym mówi się “fucking awesome” koniecznym staje się coś, co nadaje całej zabawie jakieś głębi. By taki serial (odnosi się to nie tylko do filmów, lecz także do literatury) stał na poziomie najwyższym, musi, moim zdaniem, stawiać pytania. Musi zmuszać do myślenia. Lubię, gdy fabuła wali mnie obuchem przez łeb nie dlatego, że nie wiem, o co w niej chodzi, lecz dlatego, że coś takiego faktycznie miało by szansę się zdarzyć. Chcę, by relacje interpersonalne, sytuacje moralne, w których stawiani są bohaterowie były realistyczne i żeby to się czuło. Wymagam, aby postacie były dynamiczne, ludzkie, wykreowane z kompleksowym charakterem i przeszłością, która faktycznie ma wpływ na to, co możemy obserwować na ekranie i to się czuje. Życzę sobie bohaterów z głębią, których psyche nie jest oparta na papierowych stereotypach obudowanych nielicznymi cechami charakterystycznymi. Uwielbiam sytuacje moralnie sprzeczne, w których serial wymaga ode mnie postawienia się w sytuacji danej postaci i zastanowienia się nad tym, co bym uczynił, jak bym się zachował.

Jak to się, Najdrożsi, ma do Battlestara? Ano idealnie. ;]

Tak, jest to cholerne science-fiction. Niestety, dla ludzi, którym termin tenże kojarzy się jedynie ze Star Trekiem, przeszkoda taka może być nie do pokonania. W takim bądź razie stawiam pytanie – czym są tak kochane przez wszystkich LOSTy, jeśli nie niskich lotów fantastyką? Czym są Herołsi? A PB – czy nie jest to fantastyka pod przykrywką filmu sensacyjnego? Czy to w literaturze (dobrej), czy też w kinie (takoż), sceneria jest jedynie pretekstem, tłem, rzeczą nieporównywalnie mniej istotną od tego, co twórcy chcą przekazać. Przykłady? Władca Pierścieni, Harry Potter, Ojciec Chrzestny, Moskwa nie wierzy łzom, Jądro Ciemności, Opowieści z Narni, Dersu Uzała, Wiedźmin. Szeroka gama, nie sądzicie? A mnożyć można naprawdę w nieskończoność. Takiegom zdania i każdy przykład spośród powyższych jestem w stanie udowodnić, jeśli tylko ktoś ma potrzebę. Odrzucania czegokolwiek ze względu na szeroko pojętą konwencję nie jestem więc w stanie pojąć. Wracając jednak do jakiegoś sedna – mimo bycia sci-fi, BSG oferuje większy i bardziej kompleksowy realizm, niż większość topowych seriali zagranicznych (tu dygresja – bagna pokroju Klanu, czy też Plebanii NIE nazywamy serialami, a telenowelami). Jak to się dzieje? Mówi o człowieku, porusza sporo problematycznych kwestii zarówno jednostkowych, jak i (o właśnie!) społecznych. W Battlestarze mamy bowiem takie mini społeczeństwo – 50000 kosmicznych uciekinierów, niedobitków ludzkości pozostałych po nuklearnym holocauście. Oferuje to twórcom możliwość prezentacji konfliktów społeczno-politycznych i społeczno-militarnych i płynących z nich konsekwencji na naprawdę szeroką skalę. Mamy funkcję prezydenta, tym istotniejszą, im bliżej do zakończenia serialu, mamy utrzymywaną z trudem i na przekór wielu demokrację, mamy terrorystów, mamy rewolucje, mamy kontrowersyjnych polityków idealistów i katastorfalne efekty ich decyzji, mamy stany wojenne, mamy nielegalne przejęcia władzy. Nie wiem, jak Was, Kochani, ale mnie taka kompleksowość świata przedstawionego kręci. Szczególnie, że wszystko ma sens, ma przyczny i ma skutki, co w nowoczesnym kinie wcale tak popularne nie jest.

Różnicę między serialami pokroju LOSTów i PB (te wymieniam najczęściej, bo z nimi miałem okazję bliżej się zapoznać), a BSG można plastycznie przedstawić, jak różnicę między Salvatorem, a Lemem, między Bondem, a filmami jeśli nie Kurosawy (co byłoby nadużyciem), to Woody’ego Allena. Battlestar nie stawia na czystą rozrywkę, zmusza widza do myślenia. Co w połączeniu z wysokim realizmem z psychologicznego punktu widzenia daje nam serial mroczny (chyba najmroczniejszy z popularnych), ale zarazem piekielnie (piekielnie!) intensywny i zapierający dech w piersiach. Nie tylko scenami akcji (bo takie, spieszę z wyjaśnieniem, też się tam znajdują i to w dosyć wysokim natężeniu), ale przede wszystkim scenami dialogów i umiejętnością sugestywnego przedstawienia napięcia między bohaterami. Mroczna i raczej pesymistyczna (ale bez przesady, oglądanie nie jest masochizmem) wymowa bierze się zaś z tego, że większość dzieł mówiących o ludzkiej psychice w sposób poważny taka właśnie jest.

Prócz powyższego (czyli – podsumowując – genialnego scenariusza, dialogów i ambicji twórców do wykreowania czegoś głębszego, niż Mission Impossible) są jeszcze dwie rzeczy, które czynią show wybitnym. Po pierwsze aktorzy. Na miłość bogów! Mary McDonnell (Laura Roslin), James Callis (Gaius Baltar), Mark Sheppard (Romo Lampkin), a po tym, co pokazał w ostatnich odcinkach także Alessandro Juliani (Felix Gaeta) są – mówię to w pełni świadomie – godni Oskara. Oskara. To jest cholerne arcydzieło aktorstwa w najbardziej kompleksowym i pełnym wydaniu. To jest – moim zdaniem – klasa Roberta DeNiro, Robina Williamsa, czy Toma Hanksa. Poza tym, naprawdę niezły styl prezentują też Katee Sackhoff (Kara Thrace), Edward James Olmos (William Adama), czy Michael Hogan (Saul Tigh). Pozostali aktorzy, mimo iż nie są szczególnie wybitni, trzymają (wszyscy! łącznie z epizodycznymi) wysoki poziom, bezsprzecznie wyższy od znanych skądinąd ludzi pokroju chociażby Toma Criusa (którego podziwiam za idealne sztywniactwo).

Drugą cudowną kwestią jest ścieżka dźwiękowa. Bear McCreary jest bogiem budowania napięcia i dramatyzmu oraz wywoływania emocji za pomocą dźwięków. Na ten temat ciężko cokolwiek więcej powiedzieć. Należy posłuchać. Najlepiej oglądając, lecz z braku laku – rzućcie sobie, proszę, uchem.

Ok, BSG ma też wady, przyznaję. Za dużo epizodów “osobnych”, oderwanych od głównego rdzenia fabularnego, szczególnie w drugim i trzecim sezonie. Zdarzające się zbytnie uproszczenia sytuacyjne w scenach akcji – rzadko, bo rzadko, ale da się zauważyć. Incydentalne błędy rzeczowe (czy też, jak to się ładnie po angielsku nazywa, continuity errors). Nie jest idealnie, ale cóż… Po pierwsze jest i tak najlepiej spośród dostępnych opcji, a pod drugie miłość wybacza. ;)

Konludując – polecam. Polecam, for frak’s sake! Obejrzyjcie ten cholerny serial, spróbujcie choć, a istnieje duża szansa, iż (cytując znajomego, który BSG był łaskaw mi zarekomendować) z radością przyznacie, że LOSTy i PB to gówno.

Znów się rozpisałem i znów pewnie zaowocuje to skromnymi dwoma lakonicznymi komentarzami. Kiedyś doprowadzicie mnie do podcięcia żył brakiem jakiejkolwiek reakcji na moje teksty. Pragnę dysputy. Pragnę fanów konkurencyjnych seriali oskarżających mnie o bluźnierstwo i obiecujących ukrzyżowanie. Bring it!

Napisane przez: Glizda | styczeń 20, 2009

Go Barrack, go Barrack!

Yes, we can.

- mnóstwo osób

I poszło. 44. prezydent US of A, Pan Obama, zaprzysiężony, co przyszło mi oglądać na żywo (nie na własne oczy, tylko live). Bez wpadki przy tekście przysięgi się co prawda nie obeszło, jednakowoż w stresie był na pewno, więc można Barrackowi wybaczyć. Zresztą, równie dobrze pomyłka mogła być wyreżyserowana, bo tylko zyskał sobie nią ciepły śmiech i sympatię tych ośmiu milionów ludzi zgromadzonych pod Kapitolem.

Przysiągł i przemówił. Co, dlaczego i jakie ma to konsekwencje? Przede wszystkim, mowa trzymała standardowy amerykański patetyczny styl znany z filmów i nie tylko. Mówiąc wprost, była silnie populistyczna i zawierała wszystko to, co Ameryka i Świat chcieli usłyszeć. I jakkolwiek uważam, że czysty populizm należy tępić w zarodku, chodzi mi w takich momentach o zwykłe pieprzenie bzdur bez pokrycia. Jak to bodajże Gorbaczow kiedyś powiedział – “obiecywanie budowy mostu nawet tam, gdzie nie ma rzeki”. Obama zrobił coś czego ludzie, w mojej skromnej opinii, potrzebowali. Dał im nadzieję. Silnym głosem przystojny i stosunkowo młody murzyn zaraz po zaprzysiężeniu na najprawdopodobniej najbardziej wpływowego człowieka w Układzie Słonecznym odwołał się do korzeni amerykańskiej demokracji, do Lincolna, Washingtona, nawet do Kennedy’ego, zapowiedział zmianę i dał nadzieję. To, w połączeniu z dumnie powiewającą flagą wyciska Amerykanom radosne łzy z oczu i pozwala ich sercom rosnąć. I bardzo dobrze. O to właśnie chodziło.  Żeby dać tym smutnym, zgorzkniałym i zawiedzionym ludziom wind of change. To jest coś, czego zawsze Ameryce zazdrościłem. Umiejętności bezpretensjonalnego prezentowania i odbierania patosu bez przekształcania go w komedię. U nas zawsze robi się z tego tani melodramat. Ten patos, optymistyczny i pozytywny, był konieczny. Taki człowiek, jak Obama jest, moim zdaniem, Ameryce i Światu potrzebny. Uległem, mam świadomość, nieco tej całej propagandzie, ale resztki racjonalizmu mówią mi to samo. Nawet jeśli nie dokona wielkich czynów, znakomicie działa na poziomie psychologicznym. A jak społeczność jest radosna i zjednoczona to sama osiągnąć może mnóstwo, a przywódca musi być wtedy jedynie (albo aż) liderem, który będzie w stanie pokazać im drogę i podtrzymywać na duchu. I taką rolę pełni Barrack. Jak sam powiedział w swojej przemowie – “history will judge you by the things you’ve built, not the ones you’ve destroyed”. Nawet jeśli tych, które zbuduje nie będzie jakoś zatrważająco dużo, na pewno będzie ich więcej, niż tych, które zniszczy. A to w dzisiejszym świecie rzadkie. Rzadkie i potrzebne.

Dwie rzeczy w speechu Obamy dały się w interesujący sposób zauważyć. Po pierwsze, nieco mimowolna i nie do uniknięcia może, ale wyraźnie widoczna krytyka administracji Busha. Mimo, że Junior z żoną przyszli na zaprzysiężenie sukcesora, że pogadali przy kawce, a po imprezie udali się na lunch, nie zmienia odwiecznego faktu, że jednym ze sposobów na wypromowanie siebie jest pokazanie w gorszym świetle swojego poprzednika. Powtarzam – było to praktycznie nie do uniknięcia, lecz wrażenie pozostaje. O co konkretnie chodzi? Barrack odwoływał się do amerykańskich tradycji, do jedności, do konstytucji i praw człowieka, do kultury i umiejętności dyskutowania zamiast walki oraz z mocą zapowiadał, że za jego rządów wszystko to będzie przestrzegane, zachowywane i kultywowane. Nie użył co prawda wyrażenia “nareszcie”, czy też “w końcu”, ale dało się to wyczuć. Ogłaszał świeży start i powót do korzeni, co silnie sugeruje, że to, co działo się wcześniej wcale takie super nie było, skoro zamiast kontynuować, trzeba zrobić restart. Cóż, co by dużo nie mówić, racja jest po jego stronie. Administracja Busha do udanych nie należała, jakkolwiek samego ex-prezydenta szanuję za brak sztywniactwa i bycie człowiekiem, ukrywać nie należy, ze na najwyższy urząd w państwie się definitywnie nie nadawał.

Druga kwestia to słowa, które Obama wypowiedział o terroryzmie. Mimo konsekwentnego kreowania wizerunku miłego gościa, mimo dużej dozy łagodności i niskiego stopnia agresywności w jego sposobie prowadzenia polityki, wydaje mi się, że poradził sobie z presją dotyczącą nastawienia do terroru. Ewidentnie podniósł głos i kierując swoje słowa do “wszystkich terrorystów świata” z mocą stwierdził “no matter what, we will defeat you”. Na papierze (w sumie to na monitorze) brzmi dosyć sucho, mam świadomość. Należy to zobaczyć osobiście. Wiadomo, że miał tę kwestię uprzednio przygotowaną i wyreżyserowaną, ale cóż, wyszło mu. Ja bym co prawda, dla nadania przesłaniu siły, ujął to nieco inaczej – “we will fuckin’ defeat you” – lecz to tylko moje małe zboczenie.

Na dziś to by było wszystko, Kochani.

Obejrzyjcie sobie przemowę, jak macie ochotę i radujcie się razem z patetycznymi Amerykanami. Bo jest, kurde, z czego.

Go, Barrack!

Napisane przez: Glizda | sierpień 30, 2008

Żyję małymi wkurwieniami

Mała irytacja pobudza apetyt.

- Bolesław Prus

Ostatnio, Kochani, zarejstrowałem, iż moje życie toczy się od irytacji do irytacji. A raczej irytacyjek. Malutkich rozdrażnień, które pozwalają mi na rzucenie szybkiej kurwy, chwilowe pozłorzecznie na multiwersum i okolice oraz szybkie zapomnienie, iż coś takiego miało miejsce. Aż do kolejnego takiego momentu, który – dodajmy – następuje zwykle stosunkowo szybko, parę jednostek czasu po poprzednim.

Martwi mnie to. Pośrednio. Zmartwił mnie mianowicie fakt, iż wcale mnie taka sytuacja nie martwi. Ciekawy paradoks, lubię takie. Do zapamiętania. Wracając – nie czuję się zasmucony, czy też zafrasowany powyżej opisanym stanem rzeczy. Zastanawiam się jedynie, czy to normalne. I czy przypadkiem nie umrę w wieku 37 lat na gwałtowny zawał, gdy akurat natężnie małych irytacji przekroczy pewien limit. Ciekawi mnie także, czy każde takie nano-wkurwienie nie zostawia gdzieś tam, głęboko w moich duszy, rozumie i sercu jakiejś nano-drobinki, części siebie. I czy skumulowane, drobinki te nie wyleją mi się pewnego dnia różnymi ciała otworami.

Jednakowoż, ufam w swój mózg. Mam nadzieję, iż zdolny jest on zażywać co jakiś czas chłodny prysznic zapomnienia, wymywając ze swoich zakamarków wspomnienie o tychże irytacyjkach, pozwalając im spłynąć do dziurki niebytu. I nie czuje się z tym źle. Człowiekiem jestem bowiem z jednej strony radosnym i czasem niepoprawnie wręcz i niezrozumiale wesołym, z drugiej zaś nerwowym diabelnie. Cieszę się nawet więc, że potrafię wyładować złość, nerwy, zue emocje na małych irytujących sytuacyjkach, w krótkich tragifarsach, w których jedynym bohaterem mogącym cokolwiek odczuć jestem ja sam. Że zamiast zatłuc kogoś łyżką, umiem rzucić skomplikowaną multiligwalną wiązaneczkę w stronę płyty, która z powodów pozostających gdzieś poza granicami mojego pojmowania, nie zechciała przyjąć wypalonych na niej zdjęć i odmawia tychże wyświetlenia. Że zamiast chwycić bejzbola i zdemolować komuś samochód, ze spokojnym uśmiechem obrzucam – w obszarze granicznym swoich freudowskich ego i superego – nie mającymi nawet swojego fonetycznego odpowiednika bluzgami wszelkie przyczyny – do paru er wstecz – które mogły przyczynić się do powstania korka ulicznego. Trwa to makysmalnie paręnaście sekund i jest ledwo rejestrowane przez moją świadomość. Ale przynosi ukojenie i luzik. Proste. Małe wkurwienie. Szybko, niezauważalnie wręcz wpada, pokręci się chwilę i wychodzi. Pozwalając cieszyć się życiem.

Szczególnie, iż – co ważne – irytacja takowa rzadko kiedy dotyczy innej osoby, jako jednostki i faktycznego podmiotu (pomijam robotnika drogowego, który jest częścią większej całości w przypadku złorzeczenia na złą drogi przepustowość). Te, w których rolę – kluczową – odgrywa inny człowiek, staram się przeżywać inaczej. Uspokoić raczej nerwy, jeśli bluzgnąć, to na sytuację, nie na jej prowodytora i wyjaśnić. Nie mają więć owe rozdrażnienia – mam nadzieję – złego wpływu na moje relacje interpersonalne.

No i dobra, wystarczy. Rospisałem się, niepotrzebnie zresztą, sam nie wiem, o czym i z jakiego powodu. Z nudów, Kochani, chyba. Cóż, ufam, że ciekawie chociaż.

Kolorowych.

Irytujcie się czasem.

Napisane przez: Glizda | styczeń 11, 2008

Uśmiechajmy się.

Im więcej posiadamy radości, tym doskonalsi jesteśmy.

- Baruch Spinoza

Miałem już wybierać się do ciepłego łóżeczka i zapaść w miękki sen, który doszczętnie wyssie ze mnie świadomość o konieczności wstania o 6:20, czym niewątpliwie wprawi mnie przyjemną, ciemną błogość. Pomyślałem sobie jednak, że chciałem częściej umieszczać wpisy na blogu. I że jeśli w końcu nie zacznę tego robić, to nigdy mi się to nie uda. W końcu pomysłów, natchnień, idei, zarysów w mojej głowie kłębi się zawsze mnóstwo. Wedle więc genialnej zasady ‘Do or do not. There’s no try.’ postanowiłem wykorzystać najpłodniejszy okres doby, jakim jest noc i przesączyć na ekran przez filtr klawiatury pewną cząstkę moich myśli.

Wpis będzie o radości. Porządne rozpoczęcie prowadzenia bloga, jak na człowieka radosnego i optymistę, za którego się uważam. :)

Nie będę tu rozważał obiektywnej definicji radości (pomijając już, że coś takiego jak “obiektywizm” to bajka), tylko bezczelnie i egoistycznie skupię się na moich prywatnych odczuciach. Co powoduje, że jestem radosny, wesoły, szczęśliwy? A na początek – czy można w ogóle radość, wesołość, szczęście wrzucać do jednego worka? Moim zdaniem można. Wszystkie te słowa opisują pewien bardzo przyjemny stan, w którym znajduje się człowiek i do którego każdy z nas świadomie, podświadomie, lub zupełnie nieświadomie dąży. Każde z nich ma może i lekko inne zabarwienie, ale ja nie mam oporów przed używaniem ich zamiennie. Mimo że – nie ukrywam – radość jest dla mnie określeniem najfajniejszym. Oddaje sens i duszę tego stanu. Samo w sobie jest takie mocno radosne. :)

Wracając – jak zwykle bowiem odbiegłem od tematu – kiedy i dlaczego jestem radosny? Przede wszystkim i to bardzo ważne – gdy widzę innego radosnego człowieka. Kiedy widzę uśmiech. Uśmiech szczery, pozytywny. Nie złośliwy, nie sarkastyczny, nie wynikający ze spełnienia zemsty lub innego niecnego postępku. Taki uśmiech, który płynie z trzech miejsc naraz – rozumu, serca i duszy. :) Gdyby wszyscy potrafili się uśmiechać, świat byłby bardziej radosny. Nie chodzi o uśmiechanie się przez cały czas. Ale o umiejętność uśmiechania się i uśmiechnięcia się do kogoś. Bez powodu. Bo jest fajnie. Bo świat jest piękny. Bo czemu nie? Obdarzanie nieznajomych uśmiechem jest cudowne, a otrzymanie szczerej, niemej, ale jakże przyjemnej odpowiedzi rekompensuje wszystkie inne braki reakcji, bądź reakcje negatywne. Szczere uśmiechnięcie się do kogoś, kogo widzimy po raz pierwszy, kogo mijamy na ulicy i otrzymanie w zamian takiego samego szczerego uśmiechu jest piękne. Napełnia człowieka taką błogą radością i zachwytem nad światem, że wszystko od razu staje się weselsze i kolorowe. Nie zapominajmy o tym. Nie zapominajmy, że radość jest jedną z niewielu rzeczy, którą pomnaża się przez podział. I przypominam to także sobie, bo zdarza mi się za bardzo śpieszyć. Śpieszyć tak, że nie tylko zapominam o obdarzaniu, ale nawet o zwracaniu uśmiechów. Co jakiś czas karcę się za to. Przynosi efekty. ;)

Co jednak jeszcze – prócz uśmiechu na czyjejś twarzy – sprawia radość? Mi – mnóstwo rzeczy. Mnóstwo małych rzeczy. Dodatkowo takich, które się kumulują. Dobra, wprawiająca w przyjemny nastrój muzyka. Głęboki, wygodny fotel. Duży kubek ciemnej, mocnej herbaty. Książka. Wszystko to przynosi mi radość same w sobie. Ale w połączeniu z pozostałymi, prowadzi wręcz do błogiego, miękkiego, słodkiego zapomnienia. Bezcenne, dlatego staram się to praktykować, kiedy tylko mogę.

Inny przykład, abym nie wyszedł na zamkniętego introwertyka. ;) Obcowanie z człowiekiem. Z bliską osobą. Takie coś praktycznie nie potrzebuje już żadnych dodatków. Oczywiście – herbata, fotel, lub ich odpowiedniki jeszcze bardziej uprzyjemniają atmosferę radości. Ale sprawiająca przyjemność rozmowa z przyjacielem, lub przyjaciółką, powodująca zapomnienie, odcięcie się chociaż na jakiś czas od zewnętrznego świata, takie wręcz – jakkolwiek patetycznie by to nie zabrzmiało – połączenie w pewien sposób myśli, skierowanie ich razem na wspólny tor i radosne napawanie się ich jazdą w tym samym kierunku, odbyć może się nawet w zatłoczonym tramwaju w drodze do szkoły. Przyjaciel jest tu tylko przykładem. Niech to będzie osoba bliższa naszemu sercu, ktoś ukochany. Lub – co jeszcze piękniejsze – ktoś nieznajomy. Tu mała dygresja – marzy mi się kiedyś coś takiego, jak spontaniczna, długa, radosna i kształcąca rozmowa z kimś zupełnie nieznajomym. Ot, na przykład – spotkanie w pociągu, kilkugodzinne miłe gadanie na jakiekolwiek tematy, podczas którego reszta świata traci w pewien sposób na znaczeniu, pożegnanie i wysiadka. Żadnego wymieniania numerów, obietnic ponownego spotkania. Pełen spontan. :D Ponownie wracając – obcowanie z drugim człowiekiem czy to poprzez rozmowę, czy też samo przebywanie ze sobą, jest powodem do radości.

Tytułem swego rodzaju podsumowania; każdy ma swoje własne, osobiste czynniki wprawiające go w dobry, radosny nastrój. Dla mnie są to między innymi (między naprawdę wieloma innymi) muzyka, herbata, fotel, książka. Uważam jednak, że najważniejszym takim czynnikiem, powinien być drugi człowiek. Drugi człowiek i uśmiech. Jego, nasz, wspólny.

Kolorowych snów. :)

Napisane przez: Glizda | styczeń 7, 2008

Oh right!

Pierwszy wpis dla tych nielicznych, którzy znają już adres nowego bloga oraz dla tych licznych jeszcze mniej, którzy tu zabłądzą. Zapewne i tak zostanie zedytowany, gdy będę miał chwilkę, ale przynajmniej prezentuje się lepiej, niż standardowe “Hello world!”. :)

[23:12] I oto następuje. Zapowiadana edycja. Mam czas, chęć, coś powitalnego naskrobię. :)

Na początek słów kilka o tym może, dlaczegóż to zdecydowałem się na zmianę adresu bloga. Ale wcześniej – o starym jego adresie. W tymże właśnie miejscu znajdowała się od jakiegoś półtora roku platforma służąca do wywnętrzniania się i upubliczniania moich przeróżnych przemyśleń i subiektywnych opinii. Pisałem raz częściej, raz rzadziej, raz o tym, raz o tamtym – w zależności od aktualnego nastroju i sytuacji sercowej oraz umysłowej – ale generalnie rzecz biorąc raz na jakiś czas coś nowego się pojawiało. Kto chce, może zajrzeć i poczytać, wiem, reklama to bezczelna i nachalna. :P

Z jakiego więc powodu zmieniam blog, skoro ten będzie służył mi do celów, nie ukrywajmy, pokrewnych? Po pierwsze – zdarza mi się natrętnie narzucać się znajomym w momencie pojawienia się nowego wpisu i miałbym ochotę, żeby w jakiś sposób mieli możliwość wyrażenia publicznie swojej opinii na jego temat. Tam nie mieli takiej możliwości, przywilej komentowania bowiem zarezerwowany był dla użytkowników zarejestrowanych. Tu jest inaczej, zobaczymy, może coś to zmieni. Drugi powód – czułem się tam ciasno. Potrzebuję przestrzeni, a blogi wordpressowe wydawały mi się zdecydowanie bardziej przejrzyste i przystępne, zarówno dla autora, jak i dla czytelnika. Trzy (uwaga, dygresja – nie lubię wyliczania, bo jest hermetyczne i zaburza ciągłość tekstu, ale jakoś nie mogę się odeń uwolnić) – tam miałem dziwne wrażenie, że jestem w pewien sposób ograniczony w doborze tematów. I tak pisałem, o czym chciałem, ale wrażenie pozostawało. Wiem, to mój chory umysł. ;P Bądź co bądź był to blog na stronie o grach. Tu jestem ‘wolny’, piszę, o czym chcę i czytają to ludzie, którzy chcą. :D Pomyślałem też, że może taka zmiana wpłynie pozytywnie na częstotliwość dodawania wpisów, bo na gramplu było z tym krucho.

Cóż jeszcze napisać? Nie mam natchnienia na jakieś obszerniejsze przemyślenia, poza tym staram się oddzielać tematy i umieszczać w dwóch różnych wpisach. Inna sprawa, że często nie wychodzi, ale próbuję. ;)

Może dziś jeszcze lub jutro nastąpi strony “Ja” aktualizacja, a potem – mam gorącą nadzieję – coś się na tym blogu ruszy. Mam nadzieję, że będzie czytany, ale przede wszystkim, że będzie pisany. Niech mam tę motywację. Tematów zawsze dużo, jakoś tylko… sam nie wiem, czego, ale czegoś brak. :) Niech to mam. :) Trzymajcie kciuki.

Ahoj. :D

Kategorie